Przy trójce dzieci - najpierw z moją dziś 8-letnią córką, a później z 3-letnimi bliźniaczkami - miałam okazję przechodzić przez rozszerzanie diety kilka razy. I za każdym razem wyglądało to inaczej. Bywały dni, kiedy czułam, że mam to ogarnięte… i takie, kiedy jedzenie lądowało wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinno.
To, co opisuję poniżej, to nie lista błędów, tylko moje małe rodzicielskie odkrycia. Rzeczy, które zauważyłam dopiero po czasie - zwykle wtedy, gdy wycierałam podłogę po raz trzeci tego dnia.
1. Zbyt duża presja — nawet ta, której nie wypowiadamy
Przy pierwszej córce bardzo chciałam, żeby wszystko szło „książkowo”. Żeby jadła, próbowała, otwierała buzię wtedy, kiedy podaję łyżeczkę. A ona miała na to swój plan, oczywiście zupełnie inny niż mój.
Przy bliźniaczkach zrozumiałam, że im mniej oczekiwań mam w głowie, tym spokojniej przebiega posiłek. A czasem najlepsze, co mogę zrobić, to… po prostu oddychać i pozwolić im prowadzić.
Co pomagało:
- przypominanie sobie, że jedzenie to proces, nie konkurs,
- akceptowanie, że „spróbowanie” może oznaczać tylko polizanie marchewki,
- odpuszczanie, kiedy widziałam, że to nie jest ich moment (albo mój).
2. Chaos przy stole - gdy dzieje się za dużo
Przy trójce dzieci chaos to u nas raczej stały element krajobrazu. Ale przy posiłkach zauważyłam, że im więcej dzieje się wokół, tym trudniej dziewczynkom skupić się na jedzeniu.
A jeśli jedna zaczynała śpiewać, druga tańczyć, a trzecia opowiadać historię życia swojej lalki… no cóż, jedzenie schodziło na dalszy plan.
Co się u nas sprawdziło:
- minimum rzeczy na stole,
- wyłączony telewizor,
- moje towarzystwo naprzeciwko — najlepiej w wersji „spokojna mama”, nie „kelnerka na pełnym obrocie”.
3. Zbyt szybkie tempo — moje, nie ich
Przy pierwszej córce chciałam „iść do przodu”: nowe smaki, nowe konsystencje, kolejne etapy. Przy bliźniaczkach zobaczyłam, że one same najlepiej pokazują, kiedy są gotowe.
Czasem miałam wrażenie, że jedna z nich jest już krok dalej… dopóki druga nie postanowiła zjeść obiadu ręką, którą przed chwilą lizał pies.
Co pomagało:
- obserwowanie ich reakcji zamiast trzymania się kalendarza,
- powtarzanie tych samych produktów, jeśli widziałam, że potrzebują więcej czasu,
- przypominanie sobie, że nawet bliźniaczki mają różne tempo, i to jest całkowicie normalne.
4. Naczynia, które naprawdę robią różnicę
Nie spodziewałam się, że to będzie miało aż takie znaczenie, ale odpowiednie naczynia potrafiły uspokoić sytuację przy stole. A przynajmniej ograniczyć liczbę talerzy lecących w stronę podłogi, co przy bliźniaczkach jest już sukcesem na miarę medalu.
Co u nas działało:
- talerzyk lub miseczka z przyssawką — mniej latania za jedzeniem,
- płaskie łyżeczki o wąskiej końcówce — łatwiej im było trafić do buzi,
- kubki otwarte lub treningowe — mniej frustracji, więcej samodzielności,
- naczynia z wyraźnymi granicami — pomagały im „zobaczyć”, gdzie jest jedzenie (i gdzie go już nie ma).